2/27/2017

Metal i klasyka we wrocławskim NFM: Apocalyptica (18.02.2017 r.)

Metal i klasyka we wrocławskim NFM: Apocalyptica (18.02.2017 r.)
Tydzień temu w sobotę miałam okazję uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu muzycznym. Zdążyłam już ochłonąć i dziś podzielę się z Wami moimi wrażeniami. Jak zapewne zdążyliście się zorientować, uwielbiam fińską muzykę. To już trzeci koncert fińskiego wykonawcy, po The 69 Eyes (relacja TUTAJ) i Tarji Turunen (relacja TUTAJ), na którym byłam, od momentu założenia bloga i jednocześnie czwarty występ zespołu Apocalyptica, jaki miałam okazję obejrzeć na żywo. Cieszy mnie taki przebieg spraw :)


Pierwszy raz widziałam ich we Wrocławiu prawie 10 lat temu, w nieistniejącym już klubie W-Z. Potem miałam okazję posłuchać zespołu rok później na festiwalu Ruisrock w Turku w Finlandii, obok większości moich ulubionych kapel, a następnie po dłuższej przerwie w Krakowie w październiku 2015 r. Apocalyptica to zespół, który zaskakuje na koncertach. O ile na przykład panowie z mojego ukochanego HIM prawie zawsze grają tę samą setlistę i są bardzo przewidywalni, tak Apocalyptica potrafi sprawić mi niespodziankę. Standardowo grali zawsze po prostu we trójkę, a od pewnego momentu we czwórkę, gdyż dołączył do nich perkusista (tylko od czasu do czasu wspierał ich Antero Manninen). Natomiast podczas krakowskiego koncertu towarzyszył im jeszcze Franky Perez, świetny wokalista, który współpracował z nimi przy nagrywaniu najnowszej płyty Shadowmaker. A poza tym w hołdzie polskim fanom zagrali nasz hymn, czym totalnie chwycili mnie za serce :) Zauważyłam, że lubią takie niespodzianki, bo podczas występu na Woodstocku 2016, który śledziłam na youtube, wykonali nasze swojskie Sto lat :)


Ostatni wrocławski koncert był jednak całkowicie wyjątkowym wydarzeniem. Z okazji 20. rocznicy wydania ich pierwszej płyty Plays Metallica by Four Cellos (co miało miejsce w 1996 r.) zorganizowali specjalną trasę koncertową, do wzięciu udziału w której zaprosili Antero Manninena, muzyka, który współpracował z zespołem na początku jego istnienia i opuścił go w 1999 r. Koncert był podzielony na dwie części. W pierwszej, bardziej klasycznej i spokojnej, panowie zagrali cały debiutancki album od początku do końca, bez towarzystwa perkusji. Tak, jak to było ponad 20 lat temu. Następnie miała miejsce krótka przerwa i w drugiej części, już z perkusją i bardziej rockowo, wykonali dalsze przeboje Metallici w swojej aranżacji, tylko te niepochodzące z pierwszego albumu. Pojawiły się moje ulubione utwory One, The Unforgiven, Enter Sandman, Master of Puppets oraz Nothing Else Matters. Całość trwała dość długo, bo około dwóch godzin.


Koncert był wspaniały, pod każdym względem. Członkowie Apocalytpici to genialni showmeni, którzy umieją nawiązać świetny kontakt z publicznością. Zawsze potrafią powiedzieć parę słów w języku kraju, w którym występują i zawsze wykonają jakiś miły gest w stronę fanów. Tym razem perkusista Mikko Sirén na bisy założył koszulkę w polskich barwach i ze swoim nazwiskiem. Występ był energetyczny i dał mi niezłego kopa. A to, co Eicca Toppinen i Perttu Kivilaakso, a zwłaszcza ten drugi, wyprawiają ze swoimi wiolonczelami, to istne szaleństwo. Paavo Lötjönen jest nieco mniej ekspresyjny, natomiast Antero Manninen stanowił absolutny kontrast do pozostałej trójki. Jego statyczna, spokojna gra ma jednak niewątpliwie swój urok. Scenografia i oprawa świetlna była minimalistyczna, ale świetnie pasowała do całości swoim mrocznym klimatem i tajemniczością. 


Miejsce też było nietuzinkowe. Narodowe Forum Muzyki nieczęsto gości w swych progach ciężkie granie. Z jednej strony, miało to swoje plusy, bo atmosfera była bardziej podniosła, a akustyka znacznie lepsza niż w jakimkolwiek klubie. Pod względem muzycznym strzał w dziesiątkę. Miejsce też miałam dobre, i choć siedziałam daleko od sceny, widziałam wszystko bardzo dobrze. Jednak z drugiej strony, snobizm tego miejsca trochę gryzł się z luźną atmosferą rockowego koncertu, trudno było wysiedzieć na wyznaczonych miejscach, a do tego irytowała mnie niesamowicie dziewczyna z obsługi, która przez cały występ przepychała się między widzami, by upominać osoby robiące zdjęcia telefonami. Pierwszy raz spotkałam się z tym, by nie można było zrobić sobie choć jednej pamiątkowej fotki. No dobra, regulamin regulaminem, rozumiem, ale wystarczyło ogłosić to lub informować nas przy wejściu, bo to przepychanie się bardzo mi przeszkadzało w odbiorze koncertu. Ale to w zasadzie jedyny mankament.


Bardzo się cieszę, że udało mi się wybrać na ten koncert. Była to jedyna w swoim rodzaju okazja usłyszeć utwory, których Apocalyptica nie gra na co dzień. Myślę, że taki występ już się nie powtórzy. A mało brakowało i bym obeszła się smakiem. Przegapiłam bowiem dzień wprowadzenia biletów do sprzedaży i gdy zdecydowałam się na zakup, żadna wejściówka już nie była dostępna. Na szczęście udało mi się odkupić bilet po cenie nominalnej od prywatnej osoby. Oczywiście obawiałam się, ale postanowiłam zaryzykować, a szczęśliwie sprzedawca okazał się uczciwy :)



Jestem pewna, że to nie był mój ostatni koncert Apocalyptici. To świetna kapela. Lubię ich za innowacyjność i oryginalność oraz dopracowane w każdym calu występy. Poza tym to wspaniali, wykształceni muzycy, którzy ukończyli prestiżową Akademię Sibeliusa w Helsinkach. To słychać - każdy ich koncert to uczta dla uszu. Osobiście cenię ich również za to, że wydają się bym mądrymi ludźmi z pięknym podejściem do życia i świata. Tak przynajmniej wynika z mojej interpretacji ich wypowiedzi na koncertach, w mediach społecznościowych i wywiadach. Cóż, nie mogę się doczekać następnego razu!


Setlista

Enter Sandman
Master of Puppets
Harvester of Sorrow
The Unforgiven
Sad but True
Creeping Death
Wherever I May Roam
Wecome Home (Sanitarium)

Fade to Black
For Whom the Bell Tolls
Fight Fire With Fire
Until It Sleeps
Orion
Escape
Battery
Seek & Destroy

Nothing Else Matters
One

2/10/2017

Skandynawia. Lodowate serca, czy jednak "Ciepło na Północy"?

Skandynawia. Lodowate serca, czy jednak "Ciepło na Północy"?
O zamiłowaniu do podróżowania i poznawania nowych miejsc już opowiadałam, podobnie jak o mojej sympatii do Czech, czeskiej kultury i języka. A znacznie wcześniej pojawiła się u mnie miłość do Skandynawii i ogólnie krajów nordyckich, a w szczególności Finlandii. Sięga to czasów wczesnej podstawówki, gdy moim ulubionym zajęciem było kartkowanie atlasu geograficznego i uczenie się na pamięć wszystkich stolic, flag i innych faktów dotyczących poszczególnych krajów świata. Renia na pewno pamięta, bo ją zmuszałam, aby godzinami mnie przepytywała :) W ogóle geografia przez wiele lat była moją największą pasją, no może na równi z językami obcymi. Na początku gimnazjum przerabiałam sobie w wolnym czasie materiały do matury ;) Normalne to może nie było, ale nic nie poszło na marne. Dzięki temu wygrałam wojewódzki konkurs, który zwalniał mnie z części matematyczno-przyrodniczej egzaminu gimnazjalnego. A poza tym kilka lat później zdawałam maturę z tego przedmiotu, gdyż był wymagany do przyjęcia na studia z archeologii.


W każdym razie właśnie podczas tych godzin spędzonych nad mapami zrodziła się moja miłość do Skandynawii i chęć odwiedzenia krajów Północy. Poczekać musiałam dość długo, bo dopiero w 2008 roku po raz pierwszy byłam w Finlandii. Następnie miały miejsce cudowne podróże na Bornholm i do Ystad, do Danii oraz Skanii i znów do Finlandii. Jeszcze wiele przede mną, niemniej te miejsca, które miałam okazję zobaczyć, bardzo mi się podobały. Już myślę o kolejnych wycieczkach. Wspominam tu o Finlandii, która geograficznie w Skandynawii się nie znajduje, jednak na pewno należy do nordyckiego kręgu kulturowego, więc ją uwzględniam.

Jedna z malowniczych uliczek Ystad

W krajach skandynawskich fascynuje mnie wszystko - historia, szczególnie okres wikiński, architektura, języki, muzyka, sztuka, kino, przyroda, ludzie... Może zwłaszcza przyroda. Surowa, zimna, malownicza i na swój sposób egzotyczna. Jeśli chodzi o języki, to przez kilka lat uczyłam się na własną rękę fińskiego, potem przez rok szwedzkiego na kursie. Próbowałam też zgłębić wymowę islandzką, niestety z miernym skutkiem. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane do tego powrócić, bo niestety żadnego z tych języków nie przyswoiłam na tyle, by się w nich porozumiewać. Chciałam w ramach archeologii zajmować się okresem wikińskim, ale moja droga zawodowa potoczyła się jednak innym torem. Za to w ramach historii sztuki piszę pracę magisterską o rusyfikacji przestrzeni publicznej w dziewiętnastowiecznych Helsinkach i porównuję tę sytuację z tym, co się działo wówczas w rosyjskiej Warszawie. Moje raczkujące umiejętności w zakresie fińskiego i szwedzkiego bardzo mi się teraz przydają, nieoceniona jest też pomoc mojej fińskiej przyjaciółki :)

Słynna romańska katedra w Lund

Trochę archeologii (muzeum w Lund)

Przyszła mi ochota tak o tym pogadać w kontekście książki, którą niedawno skończyłam czytać. Pozycję Szwedzi. Ciepło na Północy Katarzyny Molędy dostałam od Reni pod choinkę w zeszłym roku. Siostra doskonale wie, że uwielbiam książki o Skandynawii, zwłaszcza te reportażowe. Przeczytałam ich mnóstwo, część recenzowałam na portalu lubimyczytac.pl, możecie zajrzeć TUTAJ, jeśli ciekawi Was, co pochłonęłam w ostatnim czasie. Było tego znacznie więcej, będę się starała stopniowo uzupełniać moje opinie :)

Symbol Malmö - Turning Torso

Stacja do napompowania opon w rowerze w Malmö

Katarzyna Molęda od wielu lat mieszka w Szwecji. Z wykształcenia jest skandynawistką, z zawodu dziennikarką, jej teksty można przeczytać w wielu polskich pismach, m.in. w "Wysokich Obcasach". W latach 2007-2011 sprawowała funkcję konsula RP w Sztokholmie. Myślę, że poznała Szwecję i Szwedów na tyle dobrze, że wie, o czym mówi. Oczywiście to wciąż jej osobiste doświadczenia i subiektywne opinie, ale muszę przyznać, że w wielu aspektach są zbieżne z moimi spostrzeżeniami. Autorka w swojej książce porusza takie kwestie jak równość, poziom życia, tolerancja, ekologia czy bezpieczeństwo. Pisze sporo o życiu codziennym w Szwecji, ze swojej własnej perspektywy. Dementuje niektóre mity dotyczące Szwedów, ale nie rozgrzesza ich ze wszystkiego. Opisuje szwedzkie zwyczaje, dziwactwa i grzeszki. Nie chcę zdradzać za wiele, bo bardzo zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, zwłaszcza jeśli Skandynawia jest bliska Waszemu sercu. Książka jest ciekawa i dobrze napisana, pod tym względem nie mam jej nic do zarzucenia. Pochłonęłam ją w kilka zimowych wieczorów :)


Po lekturze i uwzględnieniu moich własnych doświadczeń nasuwa mi się wiele przemyśleń. Myślę, że w Szwecji żyje się łatwiej, spokojniej i chyba zdrowiej niż w Polsce. Pewne sprawy, które Szwedom nie mieszczą się w głowie, u nas są na porządku dziennym. Państwo otacza obywateli daleko idącą opieką, to fakt. Poza tym ludzie zachowują zdecydowanie lepszą równowagę między pracą a życiem prywatnym niż w naszym kraju. Są na innym poziomie rozwoju cywilizacyjnego niż my, tego nie da się ukryć. Nie chcę jednak rozwodzić się w tym miejscu nad przyczynami, bo można by o tym napisać doktorat co najmniej, tak skomplikowana jest ta sytuacja. Niemniej w moim odczuciu Szwedzi w niektórych aspektach przesadzają, wykazując się nadgorliwością. Szczególnie podoba mi się jednak to, że mieszkańcy Szwecji tworzą społeczeństwo obywatelskie i mają wpojone pewne postawy, których większość Polaków nie potrafi zrozumieć. Chodzi mi o stosunek do odmienności, podejście do religii, poszanowanie wolności innych ludzi, dbałość o środowisko, podejście do zwierząt. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Celowo pomijam wątek uchodźców, których w Szwecji nie brakuje, bo to temat wywołujący skrajne emocje, a ja moją opinię w tej sprawie wolę zachować dla siebie i prywatnych rozmów w gronie przyjaciół i znajomych :) 


Jeśli zaś chodzi o samych Szwedów, czy nawet szerzej, Skandynawów, to może faktycznie są nieco bardziej zdystansowani i zamknięci w sobie, zwłaszcza Finowie, ale z mojego doświadczenia wynika, że tak naprawdę to oddani przyjaciele, na których zawsze można liczyć. Cenię sobie również ich szczerość oraz to, że możemy sobie razem pomilczeć przy piwie i nie zapada niezręczna cisza. Jestem małomówna, więc to dla mnie wybawienie :) No i świetne jest to, że w Skandynawii tak łatwo dogadać się po angielsku, nawet ze starszymi osobami. Zdarzyło mi się spotkać osoby, które angielskiego nie znały, ale tylko na Bornholmie i w małym fińskim miasteczku. W miejscach publicznych nie ma szans się nie porozumieć.


Czy jednak chciałabym zamieszkać w Szwecji lub innym kraju nordyckim? Jeszcze niedawno odpowiedziałabym, że nie. Że dobrze mi w Polsce, a do Skandynawii wolę sobie pojechać na wycieczkę i wrócić. Coraz częściej jednak myślę sobie, że pomieszkałabym sobie jakiś czas w takich Helsinkach albo jakimś mniejszym skandynawskim mieście. Do metropolii mnie jakoś nie ciągnie. Ja tymczasem uciekam planować swoją kolejną podróż na północ, a Wam polecam serdecznie książkę Katarzyny Molędy, jeśli chcecie dowiedzieć się, jak się żyje u naszych zamorskich sąsiadów :)
Copyright © 2016 Black Rainbow Blog , Blogger