1/07/2017

Moim okiem... Drezno (10.12.2016 r.)

Drezno miałam okazję odwiedzić do tej pory trzy razy. Muszę przyznać, że lubię to miasto. Chociaż różni się od tych zachodnioniemieckich, to ma wiele uroku i ciekawych miejsc. I dużo przestrzeni. W tym takiej, która sprzyja spacerom, uprawianiu sportu i ogólnie spędzaniu czasu na świeżym powietrzu. A i tego tu nie brak. Drezno należy bowiem do najczystszych miast Niemczech i podobno jest bardzo przyjazne mieszkańcom. Bardzo zniszczone podczas II wojny światowej, zostało jednak pięknie odbudowane. Dzięki temu możemy podziwiać drezdeńską barokową Starówkę. Generalnie jest to najbliższe Wrocławiowi duże europejskie miasto. Bliżej mamy do Drezna niż do Pragi, Krakowa czy Warszawy. Szybciej dojedziemy do Katowic, Łodzi czy Poznania, no ale trudno tu o porównania, sami rozumiecie ;) 




W tej chwili dojazd jest niezły, bo mamy do dyspozycji kilka razy w ciągu dnia pociąg, a do tego liczne ciekawe promocje. My jechałyśmy w 10 osób i wydałyśmy 60 zł na przejazd w dwie strony od osoby. Opłaca się skoczyć nawet na jeden dzień :) O ile Drezno wśród Wrocławian i ogólnie Dolnoślązaków to dość popularny kierunek podróży, tak sądzę, że nasze miasto jest zdecydowanie kiepsko rozreklamowane w Saksonii. Spotkałam kiedyś w Czeskich Budziejowicach rodowitych Niemców z Drezna i o Wrocławiu słyszeli po raz pierwszy, a o tym, że miasto leżało kiedyś w granicach Niemiec, to już w ogóle...




Nasza podróż zaczęła się o 6.00 rano, dziewczyny, które wsiadały na Głównym (ja z Renią i Alą dosiadłyśmy się na Nowym Dworze, a Daga w Leśnicy), zajęły nam miejsca. I dobrze, bo były takie tłumy, że musiałybyśmy stać prawie cztery godziny w tłumie. Ogólnie, działo się. Prawdziwi polscy patrioci w koszulkach z logo Polski Walczącej raczyli się od wczesnych godzin porannych alkoholem, nas też częstowali i ogólnie dobrze się bawili. Ale poza zaczepkami pijanych kolesi, spotkała nas też bardzo miła sytuacja. Otóż, w Görlitz wsiadła niemiecka staruszka, bardzo elegancka Pani, zadbana i w fantazyjnych oprawkach od okularów ;) Wcale nie prosiła, by ustąpić jej miejsca, stała sobie niedaleko wejścia. Siedząc tyłem, nawet jej nie widziałam. Konduktorka rzuciła jednak hasło, żeby ktoś starszej Pani ustąpił, wstałam więc, a ona sobie usiadła. Ja się ścisnęłam z Renią i Pauliną na dwóch siedzeniach i jakoś się pomieściłyśmy, chociaż nogi nam drętwiały ;) Pani miała duża potrzebę rozmowy, ja z grzeczności parę razy coś jej odpowiedziałam, więc wyczaiła, że mówię po niemiecku. I się zaczęło. Opowiadała mi o wszystkim, chociaż ledwie ją słyszałam - po niemiecku, ale też po angielsku, jak czegoś nie rozumiałam, a i wtrącała czeskie i polskie słowa. Szczerze mówiąc, byłam pod wrażeniem. Pani lat 82, poliglotka, podróżująca do Wiednia udzieliła nam rad, co w Dreźnie obejrzeć i na sam koniec naszej wspólnej podróży sięgnęła do torebki i dziękując za miłą rozmowę i życząc nam udanego pobytu, wręczyła mi 10€, żebyśmy sobie kupiły coś dobrego :) Mam nadzieję, że to nie dlatego, że wyglądam na biedaka ;) Wiadomo, zapewniłam ją, że nie trzeba, ale nalegała, więc prezent przyjęłam, bo widziałam, że i jej było miło. Co zabawne, całkiem podobną sytuację miałam miesiąc wcześniej w Krakowie. Przepuściłam turystkę ze Stanów Zjednoczonych w kolejce do Fabryki Schindlera, bo bardzo zależało jej na obejrzeniu muzeum, a najpewniej nie załapałaby się na wejście tego dnia. W ramach wdzięczności, nie słuchając moich protestów, zapłaciła za mój bilet :) Ja po prostu podchodzę do wszystkich z wyrozumiałością, taka już moja natura, jednak ludzie chyba nie są przyzwyczajeni do takiego traktowania, stąd chyba takie reakcje na uprzejmość. To trochę smutne, ale z drugiej strony, pocieszające. W każdym razie dla mnie to pewna lekcja.




Ale przejdźmy do atrakcji drezdeńskich. Starówka to punkt obowiązkowy, wiadomo. A tam zamek - Residenzschloß, dworski kościół Hofkirche, opera Sempera, kościół Świętego Krzyża, kościół Marii Panny, czyli słynny Frauenkirche i oczywiście zespół pałacowy Zwinger. Bardzo ciekawe jest XIX-wieczne malowidło ścienne na jednym z gmachów ograniczającym dziedziniec zamkowy, tzw. Fürstenzug, czyli orszak książęcy. Znajdziemy na nim władców z dynastii Wettynów, w tym dwóch polskich królów - Augusta II Mocnego i Augusta III Sasa, którzy mimo pełnionej funkcji rezydowali głównie w Dreźnie. Stąd się wywodzili. Natomiast spośród mieszczących się w Zwingerze muzeów koniecznie trzeba odwiedzić przynajmniej Gemäldegalerie Alte Meister, czyli zbiory malarstwa, wśród których znajdują się znakomite dzieła takich artystów jak Tycjan, Rembrandt, Rubens, Dürer czy Rafael Santi.To tutaj obejrzymy słynną Madonnę Sykstyńską Rafaela, Dziewczynę czytającą list Vermeera i wiele innych wspaniałych obrazów. Osobiście polecam również spacer promenadą nadłabską, mamy stamtąd piękny widok na rzekę. A jeśli dysponujecie większą ilością czasu, to warto wybrać się do pobliskiego Moritzburga, by obejrzeć urokliwy zamek, obecnie barokowy, ale o średniowiecznych korzeniach. Renia zachęca też do odwiedzenia Muzeum Higieny, w którym ja niestety jeszcze nie byłam, ale wszystko przede mną.




W związku z tym, że była to nasza kolejna wizyta, nie planowałyśmy intensywnego zwiedzania, a raczej intensywne zakupy ;) Odwiedziłyśmy oczywiście stoiska na jarmarku bożonarodzeniowym. Mnie osobiście klimat tego drezdeńskiego podoba się znacznie bardziej niż wrocławskiego, choć i tutaj nietrudno o kicz i sporą dawkę przaśności. Mam jednak wrażenie, że znaczna większość sprzedawców to lokalne firmy, we Wrocławiu większości miejscowych producentów nie stać na wynajęcie stoiska... Uważam, że nasze miasto powinno zmienić politykę w tej kwestii, bo nie dość, że na jarmarku nie zarabia ani grosza, to jeszcze pozwala na sprzedawanie patriotycznych koszulek, góralskich serków, które gór nie widziały, chińskich czapek i szalików oraz kiełbasek z Biedronki polanych musztardą i keczupem Aro. Naprawdę nieliczne stoiska oferują ciekawe produkty. I choć rozumiem, że jarmark tworzy świąteczny klimat, to niestety nie pochwalam tego, co się na nim wyprawia. Drezno moim zdaniem wygrywa. 



Ale dość zrzędzenia. Obowiązkowymi punktami była ponadto drogeria dm i kultowy Primark. Nie szalałam jednak, zaopatrzyłam się raczej w podstawowe rzeczy, bo ogólnie nie jestem zagorzałą fanką Primarka, a kosmetyków mam pod dostatkiem ;) W Primarku lubię kupować skarpetki, majtki, legginsy i podkoszulki, bo są tanie i dobrej jakości. Trochę się boję, czy nie są jakieś toksyczne, ale trwałości im nie mogę odmówić. Legginsy sprzed trzech lat wciąż mi służą i mają się świetnie, choć eksploatuję je na okrągło. W tym samym czasie do śmieci poszły trzy pary legginsów innych marek. Dwa lata temu kupiłam z kolei jeansy w promocji za 3€ i nic się z nimi nie dzieje, a na przykład spodnie z H&M mają u mnie żywotność rzędu 3-4 miesięcy. Natomiast nie przepadam za innymi ciuchami z Primarka, bo jakość jest średnia, a ceny wcale nie takie niskie. Z kwestii gastronomicznych nic Wam nie polecę, bo wybrałyśmy się, rzecz jasna, na tradycyjne danie kuchni niemieckiej, czyli kebab u Turka ;) Nie było czasu na stołowanie się w porządniejszych lokalach, zresztą, ja tam lubię kebab, nawet bardzo, a ten był wyjątkowo smaczny :)



Jako że słyszałyśmy już w pociągu, że większość pasażerów będzie desperacko polować na miejsca siedzące w powrotną stronę, to zjawiłyśmy się na dworcu ze sporym wyprzedzeniem. Opracowałyśmy podstępny plan, ustawiłyśmy się wzdłuż peronu, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że przed którąś z nas zatrzymają się drzwi pociągu... i chuj. Przed nami stanęło łączenie wagonów i zanim dopchałyśmy się do drzwi, wszystkie miejsca nam sprzątnięto. Generalnie, powrót to był dramat. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Jak już wepchnęłyśmy się do środka, a raczej tłum nas bezwładnie wniósł, to trzeba było stać w ścisku z głową do góry, by złapać oddech. Byłam gotowa wysiadać, stracić bilet, nocować na dworcu i wrócić do Wrocławia rano, bo przede mną rozciągnęła się wizja utraty przytomności i śmierci z uduszenia. Panika jednak minęła i spróbowałyśmy się jakoś zorganizować. Renia z Anią jakimś cudem wyszarpały dwa miejsca siedzące i zabrały nasze rzeczy, a reszta z nas porozsiadała się wygodnie na podłodze oraz schodach i jakoś dojechałyśmy do Wrocławia cało i zdrowo. Ale byłyśmy tak sponiewierane, że szkoda słów. Więcej się na coś takiego nie piszę. Przypomniały mi się stare dobre czasy podstawówki, kiedy rodzice musieli wrzucać dzieci przez okno do pociągu, by zajęły przedział, jak jechaliśmy z klasą na Zieloną Szkołę nad morze ;) Uważam, że chorym pomysłem jest sprzedawanie nieograniczonej ilości biletów na pociąg złożony z dwóch wagonów. Może na co dzień tak nie jest, ale w sobotę przed Bożym Narodzeniem mogli pomyśleć o wydłużeniu składu, chociaż o jeden wagon. Ludzie walczyli o miejsce jak o przetrwanie, tratując się nawzajem, wyzywając i mając innych w dupie. W takich momentach odzywają się najgorsze instynkty. Jak przed wejściem do Polskiego Busa. Tego fenomenu nigdy nie pojmę - zakupienie biletu gwarantuje miejsce siedzące, a ludzie i tak biją się niemal o pierwszeństwo wejścia do autobusu ;)




Nasz wypad był super, ale bez przygód się nie obyło. Przede wszystkim jestem w szoku, że udało nam się zebrać tak liczną i zgraną ekipę. Mam nadzieję, że dziewczyny nie żałują wyjazdu, mimo towarzyszących nam tłumów i ekstremalnych przeżyć :) Za jakiś czas na pewno wybiorę się do Drezna, bo jest jeszcze kilka muzeów, które mam ochotę odwiedzić, ale nie wiem, czy pociągiem :P Chciałabym też pojeździć trochę po mniejszych miejscowościach Łużyc i Saksonii, bo z tego co słyszałam i oglądałam w Internecie, wiele z nich to piękne, malownicze miejscowości z interesującymi zabytkami. Widzę to, zresztą, po Görlitz, w którym byłam też chyba ze trzy razy, a jeszcze parę miejsc do odwiedzenia mi zostało :)




Znacie Drezno? Jakie są Wasze doświadczenia?

4 komentarze:

  1. To była świetna przygoda, dobrze sobie ją przypomnieć opisaną w tak pięknych słowach i zdjęciach. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętniczek dla mnie i dla Was :)

      Usuń
  2. nigdy nie byłam w Dreźnie. byłam w Kolonii i okolicach, jako dziecko. widoki z samochodu po drodze były niesamowite, ale obecnie bałabym się pojechać do Niemiec, bo z imigrantami zrobiło się niebezpiecznie... szkoda pisać, ale strach jest :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że w Dreźnie to był zalew Polaków i Czechów, praktycznie tylko te języki było wszędzie słychać ;) A w Primarku nawet komunikaty dla klientów po czesku nadają ;) Ale rozumiem strach, mam koleżankę w Monachium, ale trochę boję się wybierać do tak dużego miasta...

      Usuń

Copyright © 2016 Black Rainbow Blog , Blogger